Przejmująca historia piętnaściorga dzieci postawionych przed wyborem rodem z tragedii antycznej. Seria wybitna pod każdym niemal względem.
Wakacje, piękna plaża, 15 dzieci bawiących się podczas „zielonej szkoły”. Znajdują oni nad brzegiem jaskinię, a w jej głębi… komputery. Chwilę później pojawia się ich właściciel, który proponuje młodzieży grę. Grę, w której mają oni być pilotami wielkiego robota i bronić Ziemi przed inwazją 15 Obcych. Grę, która wymaga od nich zatwierdzenia kontraktu poprzez przyłożenie dłoni do elektronicznego panelu. Wszyscy,
prócz najmłodszej dziewczynki, „podpisują” umowę i niedługo potem budzą się na plaży uważając, że to wszystko było tylko snem. Ale prawda bywa okrutna. Bowiem co, jeśli gra jest bardziej rzeczywista niż to się może komukolwiek wydawać? Jeśli ma tylko trzy zasady, jakże proste i jednocześnie piekielnie ścisłe:
1. Jeśli pilot zostaje pokonany lub nie może skończyć bitwy w ciągu 48 godzin, Ziemia i cały Wszechświat zostaną zniszczone.
2. Pilot jest wybierany wcześniej. Tylko jeden pilot kieruje jednocześnie robotem i nie może zamienić się z inną osobą.
3. Robot jest napędzany siłą życiową pilota. Pojedyncza bitwa (o ile zostanie ona wygrana) wyssie życie z operatora maszyny
Kolejne anime o nastolatkach ratujących świat przed zagładą? Nic bardziej mylącego! Szybko bowiem okazuje się, iż każde z nich może kierować mechem tylko raz. Powód? Okrutnie wręcz prosty – podczas walki maszyna korzysta z energii życiowej pilota – gdy walka się kończy, pilot umiera. Spektrum reakcji na taką sytuację jest niezmiernie szerokie i ono właśnie stanowi treść Bokurano. Jak bowiem zachowa się dziecko, które w każdej chwili może się dowiedzieć, że zostało
mu tylko kilka godzin życia? W tle tego wielkiego dramatu obserwujemy małe dramaty każdego z bohaterów. Twórcy serii wykreowali bowiem nie tylko przekonujące studium psychologiczne bohaterów, ale pokusili się też o diagnozę różnego rodzaju patologii i problemów gnębiących współczesne japońskie społeczeństwo. Mamy tu uczennicę wykorzystywaną seksualnie przez nauczyciela, dziecko biznesmena, które za wszelką cenę
próbuje zdobyć szacunek wiecznie zapracowanego ojca, nastolatka, który na przekór wszystkim samotnie opiekuje się rodzeństwem i wielu, wielu innych.
Bokurano, choć wykorzystuje motyw wielkich robotów, korzysta z niego jak z tła, dzięki któremu może przekazywać dużo poważniejsze i złożone kwestie w sposób atrakcyjny dla widza. Tak naprawdę same pojedynki schodzą na dalszy plan – skoro wiemy, jak muszą się skończyć, nie interesują nas tak, jak ostatnie chwile życia pilotów Zeartha (tak dzieci ochrzciły swojego mecha). Od ponurej akceptacji po histerię, od
próby wyrównania dawnych porachunków po ostatnią szansę na zdobycie szacunku, od zemsty po przebaczenie – te wszystkie emocje, które miotają bohaterami, momentalnie udzielają się widzowi, niezależnie od wieku. A wciąż jeszcze pozostaje pytanie, kto jest po drugiej stronie? Można by (ostrożnie, ale jednak) porównać Bokurano do Neon Genesis Evangelion, które podobnie korzystało z futurystycznych rekwizytów, koncentrując się na ludzkiej psychice. Bokurano robi to jednak znacznie bardziej realistycznie, zachowania bohaterów postawionych wobec sytuacji ekstremalnej wydają się bardziej wiarygodne psychologicznie niż wrzaski Asuki i ciągła depresja Shinjiego.
Bokurano powstało w oparciu o nową mangę kontrowersyjnego twórcy, Mohiro Kitou, znanego m.in. z mangi Narutaru, której ekranizacji nie dokończono ze względu na zbyt drastyczne sceny w jej ostatnich tomach. Już sama postać autora wystarczyła, by przyciągnąć uwagę wielu widzów. Zaś wkrótce po premierze reżyser, Hiroyuki Morita, ogłosił na swoim blogu, że manga
mu się nie podoba, że zamierza wymowę całości diametralnie zmienić i że prosi fanów mangi, by serii nie oglądali. Co ciekawe, najgłębsze zmiany nie dotknęły wcale epizodów o najostrzejszej wymowie. Opowieść o niezdrowym związku uczennicy i nauczyciela z mangowej przypowieści o odpowiedzialności za siebie i swoje wybory stała się „pikantnym” wycinkiem z kroniki kryminalnej. Historia o
próbie nawiązania kontaktu z ojcem-pracoholikiem zmieniła się w trywialną opowieść o niewierności w małżeństwie, spłycono też historie poświęcone wzajemnemu szacunkowi w stosunkach między rodzicami a dziećmi. Jednak mimo tych z pozoru drastycznych zmian seria wciąż pozostaje niezwykle atrakcyjna i przemawia do widza.
Takiej treści towarzyszy odpowiednia oprawa graficzna. Bohaterowie nie są wyidealizowani, daleko im do bishoujo i bishounenów, okupujących lwią część współczesnych serii. Ani wybitnie szpetni, ani ponadprzeciętnie urodziwi – po prostu zwyczajni, tacy jak my. Dzięki temu zabiegowi widz jeszcze szybciej odnajduje nić łączności z postaciami, których losy śledzi. Projekty mechów są dość nowoczesne, Zearth kojarzy się z Zone of the Enders, zaś walczące po drugiej stronie machiny niekoniecznie muszą być humanoidami. To kolejne odwołanie do wzmiankowanego wyżej Neon Genesis Evangelion. Co się tyczy muzyki – pierwsza klasa. Opening, Uninstall (wbrew nazwie nie ma nic wspólnego z używaniem oprogramowania firmy Microsoft), to jedna z najlepszych piosenek, jakie słyszałem w anime ostatnimi laty. Przejmująca i wspaniale oddająca w słowach nastrój anime – tylko tyle i aż tyle mogę o niej powiedzieć. Motywy pobrzmiewające w tle pasują idealnie, zaś obydwa endingi, wprowadzające nieco melancholijną atmosferę, pozwalają odreagować depresyjny, czego by nie mówić, klimat serii. Wszystkie trzy piosenki śpiewa Chiaki Ishikawa.
Daję temu anime najwyższe niemal noty i robię to w pełni świadomie. Rzadko kiedy bowiem zdarza się, aby oglądane anime zmuszało widza do poważnych refleksji, a jednocześnie głęboko wzruszało. Bokurano to jedna z tych niewielu serii, dzięki którym wciąż czuję, iż warto zgłębiać rynek japońskiej animacji, gdyż zawsze jest szansa, że wśród
mułu znajdzie się najprawdziwsza perła.